09.04.2014

Czy zmuszać dziecko do jedzenia?




Wielu z Was zapewne widziało szokujący filmik o tym, jak matka zmusza do jedzenia swoją córkę. Nie, zmusza to za mało powiedziane...













Nie będzie to jednak post o tamtym filmie. Nie chcę nawet myśleć o koszmarze, jaki przechodziła tamta dziewczynka. Mam tylko nadzieję, że odpowiednie służby się tą "rodziną" zajęły i nikt się już nad dziećmi nie znęca.

Będzie post o zmuszaniu do jedzenia.
Może nie aż tak ekstremalnym jak w tamtym filmie, bo nie wierzę że ktokolwiek z Was byłby w stanie w ten sposób swoje dziecko potraktować.

Ale tak ogólnie, to zmuszacie swoje dzieci do jedzenia?
Stosujecie starą metodę "jedna łyżeczka za mamusię, za tatusia, za pieska, za wujka"?
Robicie z łyżeczki samolot czy inny pojazd transportujący pokarm do brzuszka?
Ja tak robiłam. Kiedyś, w kryzysowych momentach, kiedy Martynka nie chciała nic jeść, albo cały dzień tylko ziemniaki na okrągło. Część z was może pamięta tamte czasy, jak się żaliłam, dwoiłam i troiłam żeby cokolwiek zjadła. Jak mi od niejadków dziecko nazywali. W porę się jednak opamiętałam. Od tamtego czasu nie pozwalam szufladkować jako niejadka, choć Martynka dużo nie je. Wciąż ma dni, że niewiele potrzebuje do zaspokojenia głodu, ale ma i takie że zjada dwie dokładki.

A przecież od niemowlęcia, od noworodka w sumie uczymy naszego malucha karmienia wtedy, kiedy on chce jeść. Nie wmuszamy 20 mililitrów mleka bo tak mało zjadł, nie wciskamy w zamknięte ustka jeszcze jednej łyżeczki marchewkowej papki. Dlaczego więc u nieco starszych dzieci, stosuje się już metody wmuszania?

Martynka nie jada zup. Ale makaron z sosem je, więc gotuję zupy i zagęszczam tak żeby myślała, że ma makaron w sosie a nie zupę. A broń Boże nazwać to przy niej zupą, to zaraz jest sprzeciw.
Martynka nie zje warzyw wysypanych z garnka na talerz. Ale zje brokułowe i kalafiorowe drzewka które może osobiście posypać śniegiem (czyli odrobiną soli) i groszkowy deszcz padający z marchewkowych chmur.
Nie zje kanapki z żółtym serem, chyba że zobaczy na kanapce kotka, kangura czy innego stwora. Wtedy wpałaszuje i poprosi o dokładkę.
Grunt, to dostosować się do potrzeb swojego dziecka.

A jeśli jednak zdarzają się dni że nie chce jeść, pozytywnie motywuję pokazując, co będzie po obiedzie na deser. Czasem działa, czasem nie. Bo jak nie jest głodna, to nic jej do zjedzenia nie przekona. Przeważnie jednak jest głodna, tylko nie chce się jej siedzieć przy stole i jeść bo ma ciekawsze zajęcia, wtedy wizja deseru skutecznie ją przy tym stole usadza. Ale z tym trzeba uważać, bo łatwo można wpaść w pułapkę wmuszania. Martynka zjada tyle, na ile ma ochotę i to, na co ma ochotę. Nie namawiam do niczego.

Chcę, żeby jedzenie zawsze kojarzyło jej się z przyjemnością, a nie przykrym, mało smacznym, nielubianym obowiązkiem.

Martynko chodź na obiad. - Nie mogę, stoję w korku!

0 komentarze:

Prześlij komentarz