24.05.2014

Rozterki mamy przedszkolaka.

Czy wiecie, jak ogromne rozterki miałam kiedy okazało się, że Martynka została zakwalifikowana do przedszkola? I jak płakać mi się chciało, gdy z końcem kwietnia zalogowałam się na stronę rekrutacji i mym oczom ukazało się zdanie, że została przyjęta? Powiecie: głupia baba, po co papiery do przedszkola składała. A ja tak bardzo chciałam, żeby Martynka do niego poszła - bo kontakt z dziećmi, bo zabawy i zajęcia inne niż w domu, bo wiem że tego potrzebuje. Ale jednocześnie, tak bardzo tego nie chciałam - bo moja mała dziewczynka będzie spędzała czas beze mnie, sama w obcym środowisku, bo skończy się przez to pewien etap naszego życia, bo jest jeszcze taka mała przecież...
A dziś?




Dziś wiem, że gdybym nie dała jej, nam tej szansy - to bym tego na pewno żałowała. Martynka tak lubi z dziećmi się bawić. Jeżeli tylko jakoś ogarniemy rozstanie. I przebywanie tam bez mamy.
Na dniach adaptacyjnych (które zaczynają się już w czerwcu) na pewno będzie super, o to się nie martwię. Za to potwornie boję się września, pożegnań, tego że będzie płakać a ja razem z nią.
Obiecuję sobie, że nie zabiorę jej stamtąd po pierwszym dniu, że muszę dać jej i sobie czas, ten miesiąc na zaaklimatyzowanie się, przyzwyczajenie do nowych warunków. Ale jak wyjdzie w praktyce - nie wiem i boję się tego.

Martynka będzie mieć fajne (chyba?? takie wrażenie robią przynajmniej) ciocie, dużo nowych koleżanek i kolegów, nowe zabawki, zabawy, będzie zapewne ciekawie, interesująco, nowych rzeczy się nauczy. I w sumie to nie będzie tam tak zupełnie sama rzucona w obcy świat - będzie z kolegom Jasiem. Myślicie, że będzie im łatwiej dzięki temu?

Jestem przerażona w głębi duszy. A jednocześnie cieszę się, że ma okazję tam chodzić. Rozglądam się powoli za wyprawką i zapisuję w zakładkach co mi w oko wpadnie. Ostateczna decyzja pozostanie Martynce - żeby miała poczucie, że może sama decydować o tym, co do przedszkola zabierać będzie. To w końcu w jej życiu największa rewolucja się wydarzy.


A tymczasem: byliśmy w przedszkolu na festynie. Było trochę atrakcji, klauni, malowanie buziek, Martynka poznała kilka koleżanek z którymi będzie w grupie. I ciocie swoje nowe poznała. I skakała na trampolinie. I bardzo chciała na koniku jechać. Poszliśmy na koniki, a ja byłam pewna że jak usiądzie na niego, to zaraz będzie chciała zejść. Zaskoczyła mnie, bo po założeniu kasku dała się posadzić pani na koniku i pojechała. Bez słowa, ale z poważną minką :) A po wszystkim jak zwykle, przeżywała ogromnie.
"Mamo, galopowałam na koniu! i było super!"

Moja mała, duża dziewczynka.
Na każdym kroku podkreśla, że ona jest duża. Sama schodzi ze schodów naszych krętych z naszego poddasza (jestem duża dziewczyna i mogę sama, a ty mnie asekuluj tylko), sama wchodzi na te schody, sama się myje (rączki, buzię i ząbki rzecz jasna) i siusia. A dziś pierwszy raz, ma pomalowane paznokietki. Bo nie umiałam jej odmówić, kiedy rano zaświergotała mi do ucha "mamo pokoloruj mi pazurki, plosę plosę, ja jestem duża dziewczyna i mogę mieć pokolorowane jak ty, takie ładne są i pachnące, pokoloruj mi plosę"

Moja mała, duża dziewczynka tak szybko dorasta.
A za miesiąc jedziemy nad morze, nasze polskie. Małe stópki pierwszy raz staną w tak ogromnej plażowej piaskownicy, a małe rączki pierwszy raz dotkną morskich fal. Nie mogę się doczekać!

0 komentarze:

Prześlij komentarz