07.05.2014

Z cyklu uliczkami po Poznaniu: Nowe Zoo

I nadszedł nareszcie ten długo wyczekiwany przez Tinkę (i przeze mnie!) dzień. Pojechaliśmy do zoo! Tinka w Nowym Zoo była pierwszy raz, a i my bardzo dawno tam nie byliśmy (ze cztery lata temu ostatni raz bodajże). Nic więc dziwnego, że z taką niecierpliwością wyczekiwaliśmy dzisiejszej wycieczki, prawda? Niestety miał miejsce podczas niej również przykry incydent, ale o tym później, zacznijmy od początku...


Auto zaparkowane w Galerii Malta, można więc udać się spacerem na peron Maltanki. Bilety kupione, wsiadamy i czekamy na odjazd! Maltanką telepało na wszystkie strony, było głośno od stukotu kół i co chwilę donośnie robiła CIUCH CIUUUCH, tak że aż Tinka uszka zatykała i lekko przerażoną minkę robiła, ale ostatecznie stwierdziła, że było super!

Wysiadamy. Podejście pod górkę i już widać bramy zoo. Kupujemy bilety (którymi byłam bardzo rozczarowana, ale o tym na końcu) i wchodzimy.

Pierwszym zwierzakiem, którego spotkaliśmy była foka. Akurat jadła śniadanie - z pyszczkiem ponad wodą konsumowała wesoło rybkę rozbebeszając ją na kawałeczki.


Idziemy dalej. Podziwiamy surykatki kopiące sobie dołki w piasku.


Po drodze napotykamy kaczki spoglądające łakomie na zjadanego przez Tinkę rogalika. Tinka chce się z kaczkami dzielić, ale w myśl rozporządzenia "w zoo nie karmimy zwierząt" nie zezwalamy na to. Później by jeszcze flamingom rzucała. I sowom. Jak ptak to ptak w końcu.
Szukamy żyraf.


O, są żyrafy.


I zebry nawet.


Na trasie do niedźwiedziarni spotkaliśmy spacerujące gęsi. Jedna z nich pilnowała dwóch małych skubiących trawkę gąsek. Atakowała przechodniów. Zaatakowała i nas. W podskokach złapałam Tinkę która momentalnie się rozpłakała wystraszona atakiem gęsi i rzuciliśmy się do ucieczki. Ale to ptactwo agresywne zdążyło dziabnąć mnie w but. Jak się bronić przed gęsią???

W końcu szczęśliwie udało nam się dotrzeć do niedźwiadków, które niestety ucinały sobie poranną drzemkę w oddali, więc widzieliśmy tylko ich zarysy.
Wypatrując miśki:


Tince spodobała się lemurska wyspa na jeziorze i dość długo ją obserwowaliśmy.


Z obecnego położenia mieliśmy dobry widok na drogę prowadzącą do niedźwiadków, na której to zachciało się spacerować dwóm małym gąskom. Podążająca za nimi agresywna gęś, nie przepuszczała nikogo tamtą drogą. Ludzie idący do miśków, albo skubani po stopach przeskakiwali między nimi, albo grzecznie czekali w oddali aż gąski odejdą. Masakra z tymi gęsiami, powinni je pozamykać.

Idziemy dalej. Do tygrysów. Wchodzimy z Tinką na górę i wypatrujemy kotków. Akurat miały poranną drzemkę (shit!), ale łaskawie jeden się przebudził i nawet podniósł łeb.


A gdy zrobiliśmy zamianę i Marcin z Tinką poszli na górę a ja czekałam z wózkiem przy szybie, obudzony osobnik przemaszerował tuż obok. Przy samiutkiej szybie. Brrrr.

Następna na trasie słoniarnia. Chwila relaksu na placu zabaw...



I już można iść oglądać słonie. Najpierw weszliśmy do wnętrza słoniarni, gdzie zwierząt nie było ale na taras najwyższy trzeba było wejść. Tinka przez całą wizytę tam zatykała rączką nosek. Po wyjściu odetchnęła mówiąc, że słonie to straszne śmierdziuchy. Maszerowaliśmy wzdłuż wybiegu dla słoni, wchodząc na mostek, gdzie naszym oczom ukazał się taki widok:


Widzicie tam coś niezwykłego? My też nie dostrzegliśmy w pierwszej chwili, dopiero Tinka nas oświeciła, że "tam jest wielka kupa słonia!" I ta kupa słonia to było pierwsze, o czym Tinka opowiadała dziadkom i cioci przez telefon, po wizycie w zoo. Takie wrażenie na niej chyba zrobiła.


Kangurki zainteresowały Tinkę . Staliśmy przy nich dłuższą chwilę i patrzyliśmy, jak jedzą. Tym razem obiad chyba, bo to były ostatnie zwierzaki na czterogodzinnej trasie spacerowej.



Po powrocie do punktu wyjścia, czyli do wejścia/wyjścia, postanowiliśmy zrobić jeszcze jedną rundkę po zoo. Tym razem kolejką.


Kolejka objeżdża zoo w niecałe 20 minut. Gdyby nie to, że trzeba było spieszyć się na Maltankę, bo następna odjeżdża za godzinę, zrobilibyśmy kolejne kółko. I jeszcze jedno. Ale, jak to mówi Tinka "spokojnie, pojedziemy następnym razem".

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze dziecięce zoo, przyjrzeliśmy się dokładnie kozom, czarnym świniom, osłom i kucom.



Znaleźliśmy nawet pawia na zamkniętej drodze wewnętrznej. Tinka jednak nie obdarzyła go sympatią.


I na tym skończyła się nasza wycieczka do zoo. Oczekując na Maltankę, nabyliśmy jeszcze w celach pamiątkowym ciuchcię zabawkę. Po czym wsiedliśmy do małej, terkoczącej, hałaśliwej kolejki i pojechaliśmy w siną dal.

I jeszcze kwestia biletów. Cała wyprawa, czyli bilety na Maltankę w dwie strony i wejście do zoo, to koszt (w przypadku dwóch osób dorosłych i dziecka do lat 3) 62 zł. I za 62 zł dostaję wydruki z kas fiskalnych robiące za bilety. I na Maltankę i do zoo nie ma już fajnych, kolorowych biletów jak to było kiedyś. Nie ma co włożyć do albumu na pamiątkę przy zdjęciach z wycieczki. Nie podoba mi się to, bo ze mnie kolekcjonerka pamiątek jest ogromna. O tyle dobrze, że małe bąble dostawały od miłego pana sprzedającego bilety na Maltankę przy zoo, pamiątkowe karty przejazdu. Ale bilety normalne też chciałam. A mi tam wydrukiem z kasy pomachali tylko.

Wycieczka trwająca prawie 5 godzin, uznana została za zakończoną.
W sierpniu powtórka.



1 komentarz:

  1. Dla dzieciaków takie wycieczki to super sprawa. A i rodzice mają okazję do zobaczenia rzeczy, których normalnie sami z siebie by nie odwiedzili. kontakt ze zwierzętami zawsze jakoś wpływa na rozwój dzieci :)

    OdpowiedzUsuń