28.08.2014

Przedszkolne odliczanie: zajęcia adaptacyjne

To były nasze trzecie zajęcia adaptacyjne. Dwa wcześniejsze odbyły się w czerwcu. Każde trwające godzinę, czyli łącznie trzy godziny adaptacji w przedszkolu. Z rodzicami rzecz jasna. Jeszcze do wczoraj wydawało mi się, że bardzo bezsensu zrobili te zajęcia, bo po co komu one w czerwcu? A na koniec sierpnia tylko godzina i później od razu rzut na głęboką wodę, na kilka godzin. Dziś jednak zmieniłam zdanie.


Dzisiejszej zabawy w przedszkolu Martynka wprost nie mogła się doczekać. Zarzuciła plecak, wzięła pod pachę prosiaka i wraz z małym sąsiadem pomaszerowała.

Weszła do sali, przywitała się i od razu pognała do zabawek. Siedziała ładnie w kółeczku gdy było trzeba, bez towarzystwa mamy. Myła rączki, bez towarzystwa mamy. Ładnie wykonywała polecenia, a pierwsze o co zapytała ciocię przedszkolankę gdy poprosiły o posprzątanie zabawek, to czy dzisiaj też będzie podrzucanie chustką. Doskonale pamiętała czerwcowe zajęcia. A ja, byłam z niej taka dumna że sobie sama radzi. Jakoś mi odrobinę lżej na duszy po dzisiejszych zajęciach. Widzę że te spotkania, pomimo że takie krótkie, sporo dały. Przedszkole nie jest obcym miejscem. W sali już od czerwca wiszą zdjęcia przyszłych przedszkolaków, a dziś zapoznaliśmy się ze znaczkiem jaki każdy przedszkolak będzie mieć. Martynka wie, że jej ręcznik w łazience będzie wisiał na wróbelku. I że w szatni kurtka i butki też będą na wróbelku.

Na dzisiejszych zajęciach adaptacyjnych przedszkolaczki dostały do jedzenia zupę pomidorową z ryżem. Wiecie, jak się me serce radowało że Martynka je zupę? Na dodatek z ryżem? Ona i zupa, pewnie nie pamiętacie jakie kiedyś żale wylewałam że za nic nie chce. Później zaczęłam robić takie bardzo gęste, niemal konsystencji sosów i czasem jadła. A dziś, jak gdyby nigdy nic, wciągnęła prawie cały talerz zupy. Z ryżem, którym w domu zawsze pluła.
I wiem, że to przedszkole dobrze jej zrobi. Zacznie jeść rzeczy, których w domu nie chciała (mam nadzieję), może nawet pić herbaty i soki? (marzenie.)

Boję się wtorku. Nie poniedziałku, bo w poniedziałek wiem że na sto procent tam zostanie. Pomacha mi przez okienko i pójdzie się bawić. Ale we wtorek, kiedy już będzie wiedziała że mama nie znika na chwilę a na parę godzin, może być gorzej. A mogę ją odbierać dopiero przed 13, bo podobno to ważne żeby od początku na leżakowaniu zostawać. Aby wpaść w rytm. 5 godzin poza domem. Bez mamy.

Martynka zna przedszkolny plan dnia w teorii. Opowiadałam jej, co i po czym będzie. I że się przebierze w piżamkę, odpocznie z przedszkolakami pod kocami, a jak skończą odpoczywać to mama przyjdzie. Martynka wie, że mama pójdzie do pracy tak jak tata, a ona z sąsiadem i kolegami z placu zabaw, do przedszkola.
Niemniej jednak, cholernie boję się co z tego wyjdzie w praktyce.

Ale myślę, że i tak nie jest najgorzej. Martynka będzie w grupie z sąsiadem. I poznała tego lata na placu zabaw inne dzieci z grupy. I ciocię przedszkolankę kojarzy z placu zabaw, gdy ze swoimi maluchami przychodziła. Była dziś odważna i nie oglądała się na mamę. A ja, siedząc z boku i obserwując te wszystkie maluchy, widząc jak niektóre w ogóle nie chciały zejść rodzicom z kolan, jaki był płacz gdy miały iść się bawić, w duchu dziękowałam że nam będzie trochę lżej. Że Martynka nie będzie tam sama wśród obcych, że chodziłyśmy prawie całe lato na ten plac i że poznała dzięki temu paru przedszkolnych kolegów. Wśród znajomych twarzy raźniej. Tak mi się wydaje. Mam nadzieję.

0 komentarze:

Prześlij komentarz