19.12.2014

Trzylatek potrzebuje przedszkola

Byłam sceptycznie nastawiona. Byłam nawet chyba trochę wrogo nastawiona. Nie chciałam, żeby Martynka szła do przedszkola. Bałam się tego. Moja mała dziewczynka, która ciągle była ze mną - nagle miała zacząć spędzać kilka godzin dziennie poza domem, bez nas, wśród obcych ludzi.



Płakałam, kiedy w dniu ogłoszenia wyników weszłam na stronę przedszkola i po zalogowaniu przeczytałam, że się dostała - bynajmniej nie ze szczęścia. Pomyślicie sobie, że głupia, że po co te papiery składała. A ja w momencie ich składania, na początku zeszłego roku jeszcze się tak bardzo w temat nie wczuwałam. Złożyłam, żeby spróbować. Czy się uda dostać. Bo przecież ciężko z tym.


Jest grudzień. Czwarty miesiąc w przedszkolu. Pomijając fakt, że połowa przechorowana (albo i więcej) - jest super. Teraz nie wiem, jak mogłam mieć jakiekolwiek wątpliwości o słuszności zapisywania Martynki tam.

Przedszkole uczy. Głównie poprzez zabawę, wiadomo. Ale uczy i to dużo uczy. Daje szansę poznania tego, czego się w domu Maluchowi nie jest w stanie pokazać.


Są tematyczne tygodnie. I koncerty organizowane co miesiąc. I warsztaty tematyczne. Zajęcia z angielskiego co tydzień. I mnóstwo zabawy w wielkim, przedszkolnym ogrodzie.

Przebywanie w przedszkolu, z dziećmi jest o wiele lepsze niż siedzenie z mamą większość dnia w domu. Daje szansę nauczenia się funkcjonowania w grupie, tego że trzeba czekać na swoją kolej (15 dzieci nie umyje się naraz w czterech umywalkach), uczy samodzielności, dzielenia się z innymi, wspólnej zabawy.
"Zamknięcie się" z trzylatkiem w domu nigdy nie da takich rezultatów w jego rozwoju, jak posyłanie go do przedszkola.


Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy odbieram Martynkę. Kiedy opowiada mi, co robiła z koleżankami - i tu wymienia ich imiona. Kiedy ze śmiechem, słowami "a mój Jaś.." zaczyna długie monologi na temat tego, w co się bawili. Kiedy popołudniu widzi mnie w drzwiach, woła MAMA i biegnie się przytulić, ale zaraz minka niewyraźna - wiem, że ma ochotę jeszcze zostać i się dalej bawić. Wypomina mi to później w samochodzie. I dopytuje, czy aby na pewno jutro też pójdzie do przedszkola.

Od września nie było ani jednego dnia ze łzami przy odprowadzaniu. No, może raz całkiem niedawno - jak w domu ubrałam jej na rajstopki krótkie dżinsy zamiast spódniczki. Odprowadzana do sali spostrzegła, że ma spodenki. Kazała się zabrać z powrotem do szatni, po drodze robiąc bardzo łzawą aferę, że ona w spodniach i rajstopach nie będzie. Obrażona zdjęła je, odłożyła na swoją półeczkę i poszła na salę. W samych rajstopach.

Przedszkole zmieniło nam córeczkę. To już nie jest w stu procentach uzależniony od nas brzdąc. To duża, samodzielna i odważna dziewczyna. Zupełnie nie ta sama, którą była jeszcze w sierpniu.

A korciło mnie, żeby poczekać z tym przedszkolem jeszcze rok. Żeby poszła jako czterolatka. Dziś wiem, że to byłby ogromny błąd.

____
* wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony naszego przedszkola

0 komentarze:

Prześlij komentarz