Trzylatek potrzebuje przedszkola

Byłam sceptycznie nastawiona. Byłam nawet chyba trochę wrogo nastawiona. Nie chciałam, żeby Martynka szła do przedszkola. Bałam się tego. Moja mała dziewczynka, która ciągle była ze mną - nagle miała zacząć spędzać kilka godzin dziennie poza domem, bez nas, wśród obcych ludzi.



Płakałam, kiedy w dniu ogłoszenia wyników weszłam na stronę przedszkola i po zalogowaniu przeczytałam, że się dostała - bynajmniej nie ze szczęścia. Pomyślicie sobie, że głupia, że po co te papiery składała. A ja w momencie ich składania, na początku zeszłego roku jeszcze się tak bardzo w temat nie wczuwałam. Złożyłam, żeby spróbować. Czy się uda dostać. Bo przecież ciężko z tym.


Jest grudzień. Czwarty miesiąc w przedszkolu. Pomijając fakt, że połowa przechorowana (albo i więcej) - jest super. Teraz nie wiem, jak mogłam mieć jakiekolwiek wątpliwości o słuszności zapisywania Martynki tam.

Przedszkole uczy. Głównie poprzez zabawę, wiadomo. Ale uczy i to dużo uczy. Daje szansę poznania tego, czego się w domu Maluchowi nie jest w stanie pokazać.


Są tematyczne tygodnie. I koncerty organizowane co miesiąc. I warsztaty tematyczne. Zajęcia z angielskiego co tydzień. I mnóstwo zabawy w wielkim, przedszkolnym ogrodzie.

Przebywanie w przedszkolu, z dziećmi jest o wiele lepsze niż siedzenie z mamą większość dnia w domu. Daje szansę nauczenia się funkcjonowania w grupie, tego że trzeba czekać na swoją kolej (15 dzieci nie umyje się naraz w czterech umywalkach), uczy samodzielności, dzielenia się z innymi, wspólnej zabawy.
"Zamknięcie się" z trzylatkiem w domu nigdy nie da takich rezultatów w jego rozwoju, jak posyłanie go do przedszkola.


Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy odbieram Martynkę. Kiedy opowiada mi, co robiła z koleżankami - i tu wymienia ich imiona. Kiedy ze śmiechem, słowami "a mój Jaś.." zaczyna długie monologi na temat tego, w co się bawili. Kiedy popołudniu widzi mnie w drzwiach, woła MAMA i biegnie się przytulić, ale zaraz minka niewyraźna - wiem, że ma ochotę jeszcze zostać i się dalej bawić. Wypomina mi to później w samochodzie. I dopytuje, czy aby na pewno jutro też pójdzie do przedszkola.

Od września nie było ani jednego dnia ze łzami przy odprowadzaniu. No, może raz całkiem niedawno - jak w domu ubrałam jej na rajstopki krótkie dżinsy zamiast spódniczki. Odprowadzana do sali spostrzegła, że ma spodenki. Kazała się zabrać z powrotem do szatni, po drodze robiąc bardzo łzawą aferę, że ona w spodniach i rajstopach nie będzie. Obrażona zdjęła je, odłożyła na swoją półeczkę i poszła na salę. W samych rajstopach.

Przedszkole zmieniło nam córeczkę. To już nie jest w stu procentach uzależniony od nas brzdąc. To duża, samodzielna i odważna dziewczyna. Zupełnie nie ta sama, którą była jeszcze w sierpniu.

A korciło mnie, żeby poczekać z tym przedszkolem jeszcze rok. Żeby poszła jako czterolatka. Dziś wiem, że to byłby ogromny błąd.

____
* wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony naszego przedszkola

0 komentarze:

Prześlij komentarz