18.02.2015

Historia pewnych sanek

Marzył nam się śnieg na święta. Oj, jak nam się marzył. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała. Minęły święta, minął sylwester - bez białych płatków. Niemal z nosami przyklejonymi do szyby wypatrywałyśmy śniegu w styczniu. Śniegu brak, a nas do domu przywiązało kolejne choróbsko. Zbliżał się luty, choroba trwa w najlepsze. Jest luty. Jest nadal choroba. Aż nagle pewnej nocy ze zdumieniem odkryłam, że jest i śnieg! Nareszcie!


Całkiem duża warstwa białego puchu przykryła naszą część świata. Nawet sobie nie wyobrażacie, ile zdjęć nocnych zrobiłam. Na wszelki wypadek, gdyby do rana stopniało, żeby Martynka widziała że był przez chwilę śnieg. Przez myśl przemknęło mi, żeby ulepić jakiegoś małego bałwanka i wrzucić go do zamrażalki. I gdybym miała miejsce, najprawdopodobniej tak bym zrobiła! Niestety, zamrażalka pełna, noc już późna więc nie obudzimy Martyny na przejażdżkę na sankach po ogrodzie, kładłam się więc spać z nadzieją, że nie roztopi się tak całkowicie. Na szczęście rano naszym oczom ukazał się taki oto widok:


Szybko - śniadanie i na sanki! Martynka już bardziej zdrowa niż chora, ja nie no ale co tam - przecież nie możemy przegapić takiej okazji!


Następnego dnia śnieg jeszcze był. Marcin miał wolne, więc po śniadaniu sanki pod pachę, Martynę pod drugą i biegiem do lasu na górkę.





Taki piękny, magiczny las jest gdy leży w nim śnieg. Martynce te spacery wyszły na dobre - po dwóch tygodniach w domu nabrała jeszcze więcej energii. Ja niestety nie wyszłam na tym dobrze - popołudnia spędzałam trzęsąc się pod grubą warstwą koców, z temperaturą zbliżoną do 39.
No ale czego się nie robi? Kolejnego dnia rano znów był śnieg. Zapadła decyzja - jedziemy kupić sanki! Czy wspominałam, że te którymi Martynka podróżuje pamiętają czasy, kiedy ja zjeżdżałam nimi z tej górki? Jednym słowem, nie są już w najlepszym stanie, widać na nich ząb czasu i nie wyglądają zbyt fajnie. Zapakowaliśmy się do auta i fruuu w poszukiwaniu sanek. Chciałam drewniane. Na szczęście nie wszystkie sklepy pożegnały się jeszcze z zimą i w Pati i Maksie saneczki były. Przypadkiem zajrzeliśmy także do King Crossa, dokładniej do Reala, gdzie w oczy Martynce rzuciły się cukierkowe, różowe, dziewczyńskie sanki. Ileż było ochów i achów na ich punkcie. To nic, że nie nadają się (według mnie rzecz jasna) do sankowych spacerów bo nie mają ani oparcia, ani nic wygodnego do trzymania się, a i siedzi się na nich na samej ziemi ;)) Były różowe. I były dla dziewczyn. Martynka wzdychała na ich punkcie. Potwierdziliśmy że są śliczne i zostawiając je na regale, poszliśmy dalej. Martynka ciągle opowiadała jakie one są piękne. Wzięła tatę za rękę i zapytała, czy może z nią pójść zobaczyć coś cudownego! Zaprowadziła go do sanek. Podziwiała i podziwiała. Na pytanie, czy chciałaby je kupić odpowiedziała, że taaaaaaaak! Wśród gromkich pisków radości zdejmowaliśmy sanki z półki. I tym sposobem, kolejny spacer wyglądał tak:



Podczas tego spaceru ułożyłam sobie genialny plan. Będziemy na różowych sankach transportowych przewozić bagaż. Termos z gorącą herbatą, drugi mniejszy z gorącą wodą dla Martynki, jakieś przekąski, koc jakby się Martynce zmarzło, no i prosiak rzecz jasna też nimi będzie podróżował. Niestety, po dotarciu na górkę z żalem stwierdziłam, że to chyba pierwszy i ostatni spacer z nowymi sankami. Górka wyglądała już tak:




I niestety, następnego dnia rano śniegu już nie było. Roztopił się. Opuścił nas... A mi po tej krótkiej przygodzie zostało paskudne zapalenie zatok.

0 komentarze:

Prześlij komentarz