07.02.2015

Zachorowanie

Nikt nie lubi chorować, prawda? My też nie. Pomimo że zdarza nam się to w tym sezonie stosunkowo często (ach to przedszkole), nie przyzwyczaiłyśmy się i nie przyzwyczaimy do chorób. Lubimy spędzać czas razem, w domu, niespiesznie jeść śniadania i bawić się do południa. Ale nie w towarzystwie chusteczek, sprayów do gardła i syropów. Inhalator zagłusza bajki, duszący kaszel przeszkadza w jedzeniu, a spływający katar nie pozwala spać.


Nie lubimy. I chcemy być już zdrowe, iść poszaleć na śniegu (który się już roztapia!), wyskoczyć do sali zabaw (Martynka tak by chciała..), czy gdziekolwiek, byle nie siedzieć w domu. Owszem, byliśmy. Przedwczoraj wyskoczyliśmy na godzinkę do lasku, gdzie w śnieżnej, zimowej scenerii zjeżdżaliśmy z górki na sankach i spacerowaliśmy leśnymi białymi ścieżkami. Martynka przykryta kocem, ciągnięta przez tatę renifera. Ja idąca obok. Odkupiłam to 39 stopniami gorączki po południu. Wczoraj myślałam, że już mi jest lepiej. Wyszłyśmy na moment do ogrodu, na śnieg. Ulepić bałwana, niestety nie dało rady, ulepiłyśmy więc - a raczej usypałyśmy górki. Takie śnieżne zamki. Wiecie, zamek królowej Elsy i Anny, a drugi królowej Martynki. Byłyśmy może 20 minut, wróciłyśmy do domu na obiad, po czym zaległam w łóżku z 39 stopniami gorączki. Dobrze, że Martynce nic nie jest. I wygląda już na dużo bardziej zdrową.

I dlatego nie piszemy. Bo ja się nie najlepiej czuję, więc gdy tylko mogę leżę i nic nie robię. Niestety, ale każdy wzrost temperatury u mnie momentalnie objawia się drgawkami i bólem głowy, więc jestem wtedy nie do życia. Ale kiedy nie leżę plackiem w łóżku, a Marcin będący również na L4 bawi się z Martynką, mam mnóstwo czasu na robienie zdjęć tych codziennych, chorobowych wypełniaczy czasowych.




























0 komentarze:

Prześlij komentarz