09.04.2015

Hulajnoga idealna

Hulajnóg na naszym rynku jest w chwili obecnej ogromna ilość. Wybór tej najlepszej, jedynej, takiej na zawsze wbrew pozorom nie jest taki prosty. Nasza przygoda z hulajnogą rozpoczęła się rok temu, niezbyt szczęśliwie niestety.



Nie planowaliśmy wtedy zakupu hulajnogi. Weszliśmy do sklepu z zabawkami jak zawsze gdy przechodzimy obok – Martynka to lubi po prostu. I wtedy naszym oczom, a właściwie oczętom dwuipółletniej wtedy Martynki, ukazała się ona – wielka, czerwona, hulajnoga. Martynka od razu ją pokochała, a my nie mieliśmy serca opuszczać sklepu bez trójkołowca. Pierwsza przejażdżka była bardzo powolna, ale przecież trening czyni mistrza. Trenowała Martynka więc w domu. Minął tydzień. Dwa, trzy. W tym czasie hulajnoga była z nami na spacerze raz. Chociaż spacer w tym wypadku to zbyt górnolotne określenie – wyszliśmy z nią przed dom, by po trzech minutach odnieść ją do domu. Mimo wszelkich chęci, hulajnoga przy próbach jeżdżenia uderzała Martynkę w stópkę.

I tak mijały miesiące... Hulajnoga stała, od czasu do czasu używana w domu, każdorazowo po wzięciu jej na dwór wracała na swe miejsce bardzo szybko. A Martynka rosła. Rok później, czyli teraz na wiosnę, postanowiliśmy zrobić kolejne podejście – po zimowym śnie wywędrował czerwony trójkołowiec z piwnicy. Idziemy na spacer. Martynka żwawo zabrała się za jazdę. Niestety, było to samo – hulajnoga najeżdża tylnymi kołami na nóżki. Postanowiłam przetestować ją ja. Pomimo że lekko przekraczałam dopuszczalne obciążenie, jechało mi się na niej dość całkiem dobrze. Ale tylko wtedy, gdy odpychałam się nogą poza obrysem jej tylnych kół. Próbuję więc Martynce wytłumaczyć, jak musi na niej jeździć – nóżka odpychająca musi dotykać ziemi daleko od koła. Martynka zrobiła rozkrok szerooooki. Niestety w ten sposób nie była w stanie jechać. Pięć minut później hulajnoga wróciła do domu.
Wtedy pomyślałam, że może po prostu nasza córeczka nie będzie fanką hulajnóg?

Pewnego razu pojechaliśmy do sklepu sportowego celem pooglądania rowerków z pedałami. W sklepie tym, jak zawsze, mnóstwo dzieciaków testuje sprzęt. Martynka zobaczyła, jak ktoś jechał hulajnogą. I ona też chce. No dobra, poszliśmy poszukać odpowiedniej dla niej hulajnogi. Stała sobie na regale balansowa – myślę sobie, ale jak ona na tym będzie skręcać? No nic, Martynka dostała ją w swoje łapki i ruszyła. Pognała przed siebie!!! Puściliśmy się za nią niemalże biegiem, a ona wesoło, jak gdyby nigdy nic, pędziła między regałami. Nie wiedziała, jak skręcić. Wzięliśmy hulajnogę w swoje ręce i próbujemy skręcać – no jest, da się, trzeba kierownicę przechylić/nadusić w stronę, w którą chce się nawrócić. Martynka od razu to przetestowała. Wiecie, że wtedy prawie wyszliśmy z tą hulajnogą ze sklepu..? Jednak jako że zbliżała się Wielkanoc stwierdziliśmy, że Zając przyniesie ją w prezencie. Następnego dnia rano wróciliśmy więc sami do Decathlonu i kupiliśmy hulajnogę.

Martynka przeszczęśliwa. Codziennie na niej jeździ po dworze. Ja patrzę, jak odpycha się nóżką tuż przy samej hulajnodze, przy tylnym kółku i nie wiem, jak mogliśmy w ogóle kupić wtedy coś, na czym gołym okiem widać, że nie da się jeździć. Ma mnóstwo miejsca, żeby bez przeszkód manewrować. Ale tak to jest, jak człowiek nie ma doświadczenia w temacie. Dlatego Wam powiadam – uczcie się na moim doświadczeniu i nie kupujcie hulajnogi, która ma dwa koła z tyłu! Jak tak teraz rozmawiam ze znajomymi i nieznajomymi - dużo osób ma takie same zdanie w tym temacie. Tylko nie każdy zmienił sprzęt. Stwierdzili, że ich dzieci widocznie nie lubią jeździć.

0 komentarze:

Prześlij komentarz