06.09.2015

Ciemna strona przedszkola

No i zaczęło się... Przyszedł wrzesień i do przedszkola trzeba było pomaszerować. Martynka ucieszona z tego faktu zapowiedziała nawet, żebym nie przychodziła od razu po obiedzie bo ona chce się jeszcze pobawić.
Przyszedł ten wrzesień. Tak wyczekiwany gdzieś od mniej więcej miesiąca. A wraz z nim to, czego znów bałam się najbardziej i co spędzało mi sen z powiek przez cały zeszły rok.

Choroby. Wirusy, zarazki, bakterie czyhające w zakamarkach przedszkolnych sal, by w pewnym momencie przedostać się do tak kruchego jeszcze organizmu dziecka...
Czy może raczej powinnam napisać, że to matki bez zdrowego rozsądku posyłające zasmarkane, kaszlące dzieci, bo to przecież tylko alergia... Ale jednak nie, nagle następnego dnia okazuje się, że jest gorączka, że to nie alergia - to wirus, którego przez te kilka godzin jej dziecko sprzedało kolegom z grupy.

Choroby to zdecydowanie najciemniejsza i najgorsza strona przedszkolnej edukacji. I z jednej strony, pocieszająco działa myśl że to nie tylko u nas tak jest. Na facebooku i instagramie tłumnie piszecie, że to samo was po tych kilku pierwszych dniach spotkało. Pocieszające to, że nie jesteśmy wyjątkiem który po tygodniu ląduje na przymusowych wakacjach w domu. A zarazem przerażające, jak wiele dzieci musi się z tymi choróbskami zmagać...
I przeraża mnie wizja antybiotyków - znów. Temperatur powyżej 39 stopni, kaszlu od którego w końcu wymiotuje... Przeraża mnie wizja siedzenia w czterech ścianach i patrzenia na tą smutną minkę, która wcale nie chce tu być. Chce iść na dwór, skakać w spadających z drzew liściach, zbierać kasztany, biegać po kałużach... Wdychać pierwsze, mroźne powietrze, łapać płatki śniegu językiem... Pójść na sanki, a nie oglądać biały puch z noskiem przyklejonym do szyby...
Rok temu mieliśmy całe trzy dni śniegu. Mieliśmy też choroby w tym czasie, a jakże. Ale to był jedyny śnieg w tamtym sezonie! Nie mieliśmy serca odmówić Martynce sanek... Całe szczęście, że ona już z choroby wychodziła - nie zaszkodziło jej to. Za to mi bardzo - popołudnia spędzałam w łóżku z temperaturą 39 stopni, co w końcu skończyło się zapaleniem zatok. Boję się pomyśleć, że w tym roku może być podobnie - spadnie śnieg, a my chore. I jeszcze maleńka Oliwka w tym wszystkim...

Kilka miesięcy temu rozważałam wypisanie Martynki z przedszkola. Teraz też przemyka mi to przez myśl, jednak wiem, że zrobiłabym jej tym wielką krzywdę - ona chce tam chodzić. I nie wiem, na prawdę nie wiem już co z tym zrobić. Tak źle i tak nie dobrze...

Ps. Oczywiście nic wzmacniającego odporność póki co nie zadziałało. A trzeba zaznaczyć, że Martynka od urodzenia do czasu pójścia do przedszkola nie chorowała wcale. Niezależnie od pogody spędzała na dworze bardzo dużo czasu - trzygodzinne spacery z niemowlakiem to było dla mnie minimum. Od drugiego roku życia codziennie brała tran. W zeszłym roku przedszkolnym próbowałyśmy jakichś innych specyfików niby podnoszących odporność, których nazw już nawet nie pamiętam. I na nic to wszystko się zdało...

Ps 2. Mam zapisanych kilka nazw, które mi polecaliście na facebooku. Będę się konsultować z lekarzem co najlepiej Martynce tym razem podawać (bo brany obecnie Omegamed Odporność coś znów zadziałać nie chce). W tym jeszcze nadzieję minimalną pokładam.. Chociaż patrząc na tą moją zachrypniętą, kaszlącą choróbkę, która cztery miesiące przebywała poza przedszkolnymi murami i mimo biegania boso po domu i ogrodzie niezależnie od pogody, jedzenia lodów codziennie, chlapania się na dworze w zimnej wodzie przez całe wakacje - nie była nawet przeziębiona, wiem że przyczyną naszych chorób jest tylko i wyłącznie to przedszkole.
A liczyłam, że po zeszłym roku się uodporni choć trochę...

Ps 3. Zdjęcie pochodzi ze strony pixabay.com.

0 komentarze:

Prześlij komentarz