10.11.2015

Dwa lata temu...

Dwa lata temu jesienią spacerowałyśmy od samego rana, kupując w pobliskiej piekarni cieplutkie bułki na drugie śniadanie i zajadając je w drodze podziwiałyśmy zmieniający się świat. Kolorowe drzewa gubiące liście. Przechadzające się w trawie ślimaki, Małe, czerwone robaczki chowające się w pniach drzew. Zbierałyśmy kasztany, tworzyłyśmy bukiety z liści. Skakałyśmy po kałużach. Rok temu Martynka poszła do przedszkola i wszystko się zmieniło. Notoryczne choroby nie pozwoliły cieszyć się tak do końca z piękna jesiennego dnia. W tym roku miało być lepiej, a tymczasem jest jeszcze gorzej...

I choć wiem, że to okres przejściowy, że to tymczasowe, że za chwilę znów będzie [prawie] jak dawniej, to mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie możemy spędzać razem czasu tak jak kiedyś. Że nie chodzimy na długie spacery, że nie wychodzimy praktycznie w ogóle. Że nie kupujemy bułek serowych i nie zjadamy ich na ławce na placu zabaw. Że nie jeździmy na rowerze, na hulajnodze, nie gramy w piłkę. Nasze wyjścia z domu ograniczają się do zrobienia kilku kroków do samochodu i z samochodu do przedszkola. Popołudniami nic. A gdy nie idzie do przedszkola, to już w ogóle nigdzie się nie ruszamy... Jest mi źle, bardzo źle z tego powodu.


I choć bardzo bym chciała, choć obiecywałam sobie że teraz kiedy już nie trzeba się będzie oszczędzać bo jest "bezpiecznie", zaczniemy znów nasze wędrówki. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby miały się one odbywać. Niestety...


Nie będę się zagłębiać w temat, wylewać żali na temat tego, że ledwo chodzę, ledwo się ruszam i prawdopodobnie gdyby coś takiego przytrafiło mi się poprzednim razem, to miałabym poważne wątpliwości czy "pakować się w to" drugi raz. Gdybym wiedziała, że tak to będzie wyglądać, że nawet pobawić się razem u Martynki w pokoju nie będziemy mogły, bo nie usiądę na dłużej na jej łóżku albo skrzyni z zabawkami, a już na pewno nie na podłodze... Bo tak mi żal że tracimy ten czas - kolejną jesień, jedyną i niepowtarzalną, bo przecież nic się więcej nie powtórzy...


Ona dużo rozumie. Prawdopodobnie więcej niż mi się wydaje. Nawet już nie pyta, czy wyjdziemy gdzieś z domu. Wie, że pójdzie późnym popołudniem. Z tatą. Na pół godziny, bo zaraz ciemno się zrobi.. A mi tak źle z tego powodu...


A za chwilę będzie Oliwia. Układanie na nowo codzienności, we czwórkę. Z jednej strony bardzo nie mogę się tego doczekać, ale z drugiej przeraża mnie to trochę - żeby Martynka nie poczuła się czasem odtrącona w jakiś sposób...












0 komentarze:

Prześlij komentarz