13.01.2016

Nie chcę już być mamą.. Oddam dziecko w dobre ręce.

Mała, bezbronna, tak bardzo zależna od mamy kruszynka. I nie ważne czy ma rok, dwa lata, czy pięć. Dla mamy zawsze będzie kruszynką. I zawsze będzie bezbronna i tak bardzo zależna. Ufająca bezgranicznie. Kochająca całym serduszkiem.
Chodź kruszynko, pójdziemy na spacerek. Usiądziesz w wózku, dobrze? Mama jeszcze tylko zapakuje w siatkę kilka twoich ubranek. I chrupki, zjesz sobie po drodze. Masz, trzymaj swojego pluszaczka. Pilnuj go, bo od dziś on będzie jedyną znajomą tobie rzeczą. Mama chce cię zostawić u obcych ludzi. I nigdy po ciebie nie wróci...




Oliwia śpi. Wtulona we mnie, oddycha tak spokojnie. Maleńka rączka odruchowo zaciska się na mojej bluzce. Jakby nie chciała, bym odkładała ją do łóżeczka. Jakby mówiąca: przytulaj mnie mamo, nie puszczaj mnie, tylko wtedy najprzyjemniej mi się śpi. Patrzę na te mikroskopijne paluszki. Na te uszka malutkie. Na zamknięte oczka i słodkie usteczka, które właśnie wypluły smoczka. Przez sen robi takie śmieszne minki.
Czasem, zasypiając, otwiera co chwilę jedno oko. Podgląda, jakby chciała się upewnić, że nadal mam ją na rękach. Jakby chciała powiedzieć: trzymasz mnie mamo, jestem bezpieczna, to mogę spokojnie spać.
I ja miałabym ją tak po prostu oddać..? Zostawić, porzucić, nie interesować się jej losem..?

Martynka to już duża panna. Ale wciąż ufająca bezgranicznie. Zostaje w przedszkolu, bo wie, że zawsze po nią przyjdę. Zawsze wróci do domu.
A co by było, gdybym ją zostawiła i miała nie wrócić..? Czy bardzo i długo by płakała? Czy w końcu przestałaby się dopytywać, gdzie jest mama, dlaczego po nią nie przyszła i kiedy ją zabierze do domu? Czy w końcu by o mamie zapomniała?

Kocham moje córki bezgranicznie. Kocham je nad życie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, która miałaby sprawić, że porzuciłabym je, zostawiła u obcych ludzi na zawsze. Nie ma takiej sytuacji. Urodziłam je. Przywiozłam ze szpitala do domu. I od tamtej chwili jestem za nie odpowiedzialna, a moim obowiązkiem jest zapewnić im bezpieczeństwo. Zrobić wszystko, aby były szczęśliwe, aby czuły że są kochane i miały wspaniałe życie. I zrobię to. Bo opiekując się nimi, nosząc, karmiąc i utulając w płaczu, dałam im swym zachowaniem do zrozumienia, że zawsze mogą na mnie liczyć. Że zawsze będę obok. Że mogą mi ufać, a ja zrobię dla nich wszystko.

Jeżeli nie czułabym się na siłach aby być mamą, jeżeli nie chciałabym nią być, jeżeli ciąża to byłby efekt przypadku i wiedziałabym, że nie zadbałabym odpowiednio o to maleństwo - zostawiłabym je od razu po porodzie. Zrzekłabym się go jeszcze w szpitalu. Nie brałabym za nie odpowiedzialności, nie przywoziła do domu, nie opiekowała się przez kilka miesięcy, dając mu tym samym do zrozumienia, że może na mnie liczyć. Że zrobię dla niego wszystko, w każdej chwili. Bo co by było, gdybym po kilku miesiącach stwierdziła, że jednak się nie nadaję do tej roli? Że bycie mamą mnie przerasta, że nie potrafię odpowiednio zadbać o tego okruszka, że nie zapewnię mu dobrej przyszłości? Ale przecież obiecałam mu, że zawsze będziemy razem. Opiekując się nim przez te pierwsze miesiące jego życia, zapewniłam go że może na mnie liczyć zawsze. Ten okruszek nie zrozumie, dlaczego nagle muszę go oddać. Dlaczego musimy się rozstać na zawsze. On mnie kocha i mi ufa, pójdzie ze mną na spacer jak co dzień i oczekuje, że wrócimy razem do domu. Jak co dzień.
Ale ja go zostawię. Oddam w obce ręce. Nieważne, czy to decyzja podjęta pod wpływem chwili, czy przemyślana dogłębnie. Zgotuję temu kilkumiesięcznemu okruszkowi piekło swoją decyzją. Narażę na stres, okropny stres, przez który może nigdy nie będzie potrafić normalnie już żyć... Przecież doświadczenia z dzieciństwa, mają duży wpływ na całe życie. A to doświadczenie, które mu zgotowałam, wyryje się w jego pamięci z pewnością na zawsze. Będzie najgorszą traumą, jakiej mogłoby doświadczyć. Będzie się czuło niechciane. Porzucone. Będzie budziło się w nocy z krzykiem i wołało mnie. A obok nie będzie nikogo, kto tak szczerze, z miłości by go przytulił i pocieszył.
Ale przecież ja go też tak na prawdę nie kochałam. Bo nie oddaje się dzieci z miłości.

Jestem w stanie w pewnym sensie zrozumieć kobiety, które oddają noworodki. Które zrzekają się do nich praw, a one wtedy trafiają do rodzin, które je pokochają i wychowają na wspaniałych ludzi. Jestem w stanie zrozumieć, że będąc w ciąży taka matka tego dziecka nie chce, ale urodzi i zostawi, aby miało szansę na dobre życie. Ale nie jestem w stanie zrozumieć kobiety, która po kilku miesiącach oddaje swoje dziecko. Pobawiła się w dom, znudziło się i porzuciła. Tak to dla mnie wygląda...

Nie ma bowiem sytuacji, która zmusiłaby mnie do oddania dzieci. Do zrzeczenia się praw do nich.
Bieda? Brak środków do życia? Ale przecież życie bywa przewrotne, dziś mogę być biedna, a za miesiąc mieć tyle pieniędzy, że jeszcze na koncie będzie zostawało. Mając dziecko, będąc za nie odpowiedzialna, zrobię wszystko aby przetrwać ten gorszy czas. Ja mogę nie jeść. Mogę nie mieć co na siebie włożyć. Mogę sprzedać nerkę żeby kupić chleb. Ale dzieci nie oddam. Nie porzucę na zawsze. Musiałabym być potworem, żeby coś tak okropnego im zrobić...

0 komentarze:

Prześlij komentarz