10.02.2016

Jak zostałam mamą

Wpadła mi niedawno w ręce kartka, która tego pamiętnego listopadowego dnia służyła mi do kontrolowania czasu, którą analizowałam co najmniej kilkanaście razy i zdecydowanie była ona głównym sprawcą dylematów: jechać, czy nie?


Pamiętam, że za pierwszym razem miałam identyczne dylematy. I wtedy nie trafiłam dobrze. Pojechaliśmy, okazało się że to jeszcze nie to, choć skurcze jakieś tam się w miarę regularnie pojawiały, no to patologia ciąży. A zaznaczyć tutaj trzeba, że trzy dni wcześniej patologię ciąży dopiero opuściłam, ale pobyt nie wiązał się wtedy z nadchodzącym porodem, a z kontrolą martynkowego serduszka. Tak więc powrót tam przyprawił mnie o wielmożną chęć rozpłakania się. Byłam zła. I może to ta złość spowodowała, że w nocy się akcja jakby odrobinę rozkręciła, a może po prostu tak miało być.. W każdym razie wtedy, z Martynką, po nocy spędzonej na patologii ciąży pod ktg, przewieźli mnie nad ranem na porodówkę. I tam sobie leżałam, przysypiając między wizytami położnych czy lekarzy. A później, kiedy już spać się nie chciało, wynudziłam się tam okropnie.. Żałowałam że książki do czytania nie wzięłam, przez chwilę chciałam powiedzieć Marcinowi żeby przywiózł, ale przecież jak przyjedzie to już ma zostać, więc nawet nie byłoby za bardzo kiedy później czytać. Ale do rzeczy. Cała noc spędzona na patologii i pół dnia na porodówce zakończyło się o 13:35, kiedy to Martynka maleńka jak okruszek trafiła w me ramiona.

Tym razem chciałam więc tej patologii uniknąć. Więc siedziałam z tą kartką od rana, kiedy to coś się zaczęło dziać. I zapisywałam i liczyłam czas pomiędzy, ale informacje od lekarza - żeby w kolejnej ciąży jechać jak tylko skurcze będą regularne, nawet co 7 minut - przyprawiała o ból głowy. Bo z jednej strony powinnam się udać już do tego szpitala, a z drugiej miałam w pamięci leżenie na patologii, bo przyjechałam jednak za wcześnie. Więc czekaliśmy. Liczyliśmy, zapisywaliśmy, analizowaliśmy i kiedy już chciałam pakować torbę do auta, następowała dłuższa przerwa. Ale w końcu późnym wieczorem stwierdziłam, że to już chyba pora ruszyć tyłki z domu. W szpitalu okazało się, że jednak jeszcze nie. Ojjj jak się wkurzyłam... Jak błagałam lekarza, żeby mnie do domu wypuścił. Ale nie. Patologia ciąży...
Nawet nie wiem która to była godzina. Wypełnianie papierów na oddziale, wędrówka do łóżka, ktg i leżenie tam z mega wkurzeniem. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak zła byłam na siebie, że znowu, kolejny raz źle obcykałam moment przyjechania tu... Później się jednak okazało, że dobrze się stało. Bo gdybyśmy czekali dłużej to pewnie bym urodziła po drodze, w samochodzie. To się stało tak szybko i tak nagle. Jednak wracając do pobytu na patologii.. Kiedy zaczęło jakby jednak bardziej boleć, każdą napotkaną położną informowałam, że koniecznie chcę znieczulenie. Każda mówiła, że spokojnie, że najpierw lekarz zbada i zaleci znieczulenie. Okej, czekam. W końcu jednak lekarz stwierdza, że czas na porodówkę, że tam dadzą znieczulenie. Okej, no to szybko na tą porodówkę pędźmy. Ale czekać trzeba, bo najpierw muszą zadzwonić tam czy są wolne pokoje. W końcu idziemy, po drodze pytam czy mam już pisać Marcinowi żeby przyjechał? Nie nie, jest jeszcze czas, spokojnie. No dobra. Wchodzimy na porodówkę. "Dobry wieczór, ja chciałam znieczulenie". Dobrze dobrze, tylko najpierw panią zbadamy. Wchodzę na to łóżko. Łatwo już nie było. Oj ale pani zaraz urodzi, nie ma już czasu na znieczulenie! O matko, jak się wkurzyłam... Szybko telefon i piszę Marcinowi że ma natychmiast przyjechać. Ledwo zdążył. O 1:35 maleńkie ciałko już leżało na mnie. Oliwii się bardzo spieszyło. Nie dość, że tydzień przed terminem (a Martynka pięć dni po), to jeszcze ekspresowo wyskoczyła. W ciągu niecałej godziny od 0 do 10cm.

I tak porównując - z Martynką na porodówce spędziłam około siedmiu godzin. Z Oliwką jakieś pół godziny. To strach się decydować na kolejne, jakby miały jeszcze szybciej się rodzić ;))

W pierwszej ciąży w ogóle nie myślałam o tym, że ten dzień ma nastąpić. W drugiej, strach przed nim czasami nie pozwalał mi spać. A jak jest/było u was?

0 komentarze:

Prześlij komentarz