24.04.2016

Kiedy karmienie piersią staje się koszmarem...

Karmienie nie zawsze sprawia radość. Czasem staje się przyczyną nerwów i stresu, zarówno mamy jak i dziecka. I nie, nie jest to kryzys laktacyjny. Coś, co trwa dwa miesiące kryzysem być nie może...


A może i może?
Nie wiem. Lecz dłużej nie miałam zamiaru się przekonywać, czy to minie...

Kiedy końcem grudnia pisałam o kryzysie (tu - klik), on skończył się po kilku dniach, lecz Oli tak jak jej starsza siostra w jej wieku, zasmakowała w butelce i chciała się odstawić. Udało nam się ten drobny "wypadek przy pracy" zażegnać i butli zrobiłyśmy papa. Na dwa miesiące mniej więcej. Bo kiedy przyszedł kryzys trzeciego miesiąca, wszystko się zmieniło...

Na początku miałam bardzo pozytywne nastawienie. Wiedziałam, że kryzys minie, że przetrwamy go jak poprzednie. Tylko że żeby Oli przyssała się, trzeba było z nią wyczyniać cuda... Chodzić, kołysać ją, lulać.. Wyglądało to chyba dość komicznie. Nie przeszkadzało mi - absolutnie, wyglądało tak każde karmienie więc zdążyłam się przyzwyczaić. Byle przetrwać kryzys...
I tak mijały dni. Tygodnie. Czwarty miesiąc stuknął, a kryzys nie mijał. Karmienie stało się frustrujące. Miałam dość skakania z nią i kołysania żeby się przyssała, a zaznaczyć trzeba, że ona przez cały czas wtedy płakała. I tak średnio co 2-3 godziny powtórka z rozrywki. Każde karmienie wiązało się z płaczem, dopóki nie przyssała się i nie zaczęła wysysać mleka... W dzień i w noc. Tak! Nocą było identycznie... Musiałam wstać z łóżka i przez jakieś 8-10 minut chodzić z nią płaczącą w oczekiwaniu, aż się wreszcie przyssie. Wtedy zaczęła dostawać w nocy butelkę.
4,5 miesiąca, a cała ta sytuacja trwała nadal. Miałam serdecznie dość.. Na samą myśl o karmieniu robiłam się nerwowa. Na samą myśl o jej płaczu który zaraz nastanie, robiło mi się słabo... Nie chciałam, żeby dłużej się męczyła. Bo tak, to było dla niej bez wątpienia męczące - płakała tak mocno, że niemalże zadyszki dostawała... Chciałam dać jej tą butelkę, żeby tylko szybko się najadła, uspokoiła, była uśmiechnięta. I tu pojawił się kolejny problem - Oli nie chce butelki. O ile w nocy, na wpół śpiąco nie było problemu, tak w dzień nie i koniec. Męczyłyśmy się tak jeszcze jakiś czas. W końcu zaczęła pić z butelki, a gdy miała jakieś "ale" co do sposobu podania jej jedzonka, wędrowała na chwilę do piersi i w pierwszym wypluciu i krzyku, podmieniałam na butelkę. Zjadała niemalże do dna.
Przez jakiś czas z laktatorem siedząc szykowałam jej porcje na kolejne posiłki, ale szybko zaprzestałam. Jestem na co dzień sama z dwójką w domu, więc półgodzinne odciąganie co trzy godziny nie wchodziło w grę.

I tak kończy się ta nasza mleczna przygoda. Trochę smutno na początku było, ale ostatecznie bardzo mi ulżyło. Skończył się płacz, skończył się krzyk. Oliwia stała się jakby bardziej uśmiechnięta i wesolutka. I każdy może ją nakarmić, nie tylko ja.
Serio, ulżyło mi ogromnie...

0 komentarze:

Prześlij komentarz