10.05.2016

Nie lubię dzieci

Nigdy nie lubiłam. Chciałam kiedyś mieć swoje, ale miłości do cudzych nigdy nie czułam. Co ja piszę, miłości? Ja nawet sympatii nie czułam. Jednak wszystko zmieniło się z chwilą, gdy zaczęłam bywać z Martynką na placach zabaw..

źródło: pixabay.com
Byłam z początku przerażona ogromem dzieciaków występujących w tych miejscach, ale z czasem zaczęłam je tolerować. Później niektóre nawet lubić, gdy widziałam jak fajnie się Martynka bawi z nimi. Jest jednak jeden typ dziecka, którego nie toleruję po dziś dzień i nigdy nie będę. To dzieci matek mających wszystko w czterech literach.

Plac zabaw to nie jest miejsce do chodzenia za dzieckiem krok w krok, chyba że jest jeszcze małe i średnio sobie radzi. W każdym innym wypadku matka tudzież ojciec powinien zachować od dziecka względną odległość, pozwolić na samodzielność, ale mieć go w zasięgu wzroku i pilnować. Pilnować! To znaczy reagować, kiedy jest taka potrzeba. A tymczasem regularnie, co jakiś czas zdarzają się dzieci, których matki wolą rozmawiać o pierdołach z koleżankami lub też czytać książkę i kompletnie nie zwracają uwagi na to, co ich potomstwo wyprawia. A dodać trzeba, że potomstwo zasad panujących w miejscach publicznych nauczone nie zostało..

I tak przepycha się to to na zjeżdżalni, zabiera czy też wręcz wyrywa zabawki w piaskownicy, stoi przy huśtawce i ryczy że ono teraz, zaraz, od razu chce.. Co się dzieje, gdy napotykamy ten typ? Poza momentalnie rosnącym ciśnieniem, na światło dzienne wydobywa się agresja. Najpierw delikatnie, a gdy obiekt ostrzeżony ma gdzieś co mówię, a i matka nie zjawia się na czas aby wyjaśnić swemu potomstwu dlaczego nie wolno popychać dzieci, poziom mego wkurzenia niebezpiecznie wzrasta.

Uczę Martynkę, żeby nie pozwoliła nikomu się przepychać ani zabierać jej zabawek bez pytania. Lecz gdy wchodzi taki delikwent na drabinki i po prostu odpycha moje dziecko które nie zdąży się nawet zorientować o co chodzi bo by spadło, poziom mego wkurzenia osiąga punkt krytyczny. Najgorzej, gdy udaje że nie słyszy co się mówi. I dalej kontynuuje wędrówkę, mimo że kazałam mu wrócić do kolejki. Mam ochotę wziąć takie dziecko i porządnie nim potrząsnąć (żeby nie napisać dobitniej..). Rozglądam się w poszukiwaniu matki. Jest - rozgadana i roześmiana z koleżaneczkami. Nie widzi, co robi jej dziecko. Aż przysłowiowy nóż się w kieszeni otwiera..

Jest jeszcze inny typ, rodzaj, gatunek (jakkolwiek by je nazwać) dzieciaków, których nie trawię. Mają po naście lat i siedzą na placu zabaw z reguły na wieży ze zjeżdżalnią, specjalnie blokując mniejszym dzieciom przejście. Widzą, że idzie ale nie zejdą, nie przepuszczą. Nie słyszą jak się do nich mówi, z reguły trzeba się posunąć do bogatszego, bardziej kolorowego słownictwa żeby się stamtąd ewakuowali. Zastanawiam się, czy nie jest to typ powyżej przedstawiony, ten od matek które uwagi nie zwracają gdy dziecko młodsze jeszcze jest i się bawi na placu wbrew niepisanym regułom.. 

Mając swoje dzieci jestem bardziej tolerancyjna na inne, jak pisałam - nawet niektóre mogą zdobyć mą sympatię. Ale nie lubię, nie lubiłam i nigdy nie polubię niektórych dzieci. No tak już mam i nic z tym nie zrobię..


Ps. Nie dotyczy dzieci, które znamy. Tak jakoś to jest, że dzieci osób które się lubi, automatycznie potrafią wkupić się w łaski.

0 komentarze:

Prześlij komentarz