20.06.2016

Kiedy przedszkolak jedzie na wycieczkę

Nie był to pierwszy raz, gdy Martynka wraz ze swoją grupą pojechała na wycieczkę. Ale pierwszy raz, kiedy to zdenerwowałam się niewyobrażalnie..

źródło: pixabay.com

Wycieczka przedszkolna - zmora matek debiutujących przedszkolaków... I niech napisze że nie mam racji ta, która nie była przerażona pierwszym wyjazdem autokarem, tymi kilkoma godzinami w obcym miejscu, pod opieką pań nauczycielek. Ja byłam przerażona, próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie co by nie zastanawiać się ciągle co robią, gdzie są, czy wszystko jest okej, zajęcie przy którym czas szybciej by mi zleciał, ale ciężkie to było. Od tej pierwszej wycieczki trochę czasu minęło, niby im dalej w las tym łatwiej, im częściej jeżdżą tym już się tak nie myśli, jednak są sytuacje, które znów wywołują przerażenie. Jak na przykład pierwsza wycieczka 50 kilometrów za miasto, godzina drogi autokarem w jedną stronę, a na dodatek wycieczka z której odebrać ma się dziecko prosto z autokaru. I spore spóźnienie z porą tego odbioru...

Bo to jest tak, że gdy ten wyjazd odbywa się w trakcie trwania zajęć i powrót jest w ciągu dnia, tak że dzieciaki wracają do sali i dopiero później po nie przychodzimy, to jest okej. O ewentualnych opóźnieniach nawet nie wiemy, czy wrócą o 12 czy o 13 to nie ma dla nas różnicy, bo idziemy po nie na przykład o 15 i zastajemy bawiące się w sali. Problem zaczyna się, gdy wycieczka zaplanowana jest na południe, tak daleko na dodatek, więc przewidują powrót za kilka godzin. I ustalona zostaje godzina o której rodzic ma się stawić na przedszkolnym parkingu, lecz co by za długo tam nie czekać, pani wychowawczyni w momencie wyjazdu napisze do wszystkich smsa.
15:00 na zegarze. Myślisz sobie, no jeszcze troszkę i zaraz powinni wyjeżdżać. 15:30, czekasz na smsa bo za godzinę przecież powinni być. 15:40, sprawdzasz czy telefon się nie rozładował, czy nie jest wyciszony czasem. 15:50, wykonujesz próbne połączenie do kogoś co by zobaczyć, czy komórka na pewno działa. 16:00 - zaczynasz się denerwować, bo jak to tak nadal nic... Kontaktujesz się z inną mamą celem potwierdzenia, że wiadomość wysłana nie została, bo zaczęłaś już myśleć, że może zły numer podałaś. Nie, nie było smsa. Czujesz, że zaczynasz siwieć z nerwów...
Tak tak, to przecież oczywiste że to duża grupa dzieci, że nim się zabawa tam na miejscu skończy, nim się wszyscy w ten autokar spakują to minie dużo czasu, bardzo dużo i że ta godzina powrotu to taka bardzo orientacyjna. Przecież po to miały być wysyłane smsy z momentu wyjazdu, aby mniej więcej za godzinę czekać a nie przyjeżdżać bez sensu wcześniej i siwieć tam na miejscu pod przedszkolem, że jeszcze ich nie ma. Ale jak się jest matką przewrażliwioną, to te pół godziny opóźnienia robi kolosalną różnicę... I różne myśli po głowie chodzić zaczynają. Zaplanowałaś w między czasie już, że na następną taką wycieczkę na pewno nie pojedzie, ale za chwilę uświadamiasz sobie że przecież ma już pięć lat to twoje małe słoneczko. I musi zacząć się usamodzielniać, odkrywać świat nie tylko u twego boku. I jeszcze nagle pięć minut później telefon od tej mamy z którą się smsy pisało - widzisz jej numer, nie pisze jak wcześniej tylko dzwoni, myślisz - ja pierr... coś się stało.. A ona dzwoni żeby powiedzieć, że właśnie smsa dostała że za godzinę będą. Rozłączasz się i widzisz, że w trakcie rozmowy też przyszedł do ciebie sms. Oddychasz z ulgą i za chwil kilka pędzisz jak na skrzydłach. I czekasz tam na miejscu, czekasz, a autokar się spóźnia. Jednak wśród innych rodziców jakoś czeka się już łatwiej i żadne głupie myśli do głowy nie przychodzą. W końcu widzisz autokar, idziesz odebrać malucha i oddychasz już z całkowitą ulgą.
Do czasu następnej wycieczki...

0 komentarze:

Prześlij komentarz