22.07.2016

Codziennik niecodzienny: jesienne lato...

Miniony tydzień był zdecydowanie bardziej jesienny niż letni. Był jeden dzień, w którym od rana do wieczora lał deszcz. Nie padał - lał się z nieba wiadrami. Zalało ogród, zalało mnóstwo ulic w okolicy, ale przynajmniej dziewczyny miały radochę ze skakania w kałużach.



Jestem przerażona, że to już połowa lipca za nami. Tyle planów miałam na to wakacje, tyle atrakcji Martynce zapewnić chciałam, a tak niewiele z tego wychodzi... Przeraża mnie to, ale zarazem mobilizuje - żeby ruszyć tyłek. Choć nie, przecież ja go ruszam od rana do wieczora, a to z jedną się bawiąc, a to za drugą goniąc, w między czasie gotując, sprzątając, pisząc... Muszę znaleźć czas, aby ruszyć go jeszcze bardziej.


Martynka coraz dobitniej pokazuje swoje humorki. Chodzi własnymi ścieżkami, robi to na co ma ochotę i nie lubi, gdy się jej odmawia. A że odmawiam w bardzo skrajnych przypadkach, w myśl zasady że dzieciństwo jest tylko raz, to jestem w tym odmawianiu nieustępliwa. I mamy konflikty. Ostatnio przez pół spaceru była na mnie obrażona gdy na coś się w sklepie nie zgodziłam, a gdy po drodze zaszłyśmy na pocztę i jak zwykle usiadła przy stoliku i zaczęła wypisywać potwierdzenie nadania, wręczyła mi je później z nakreślonym serduszkiem mówiąc, że narysowała dla mnie złe serce bo jest obrażona. Taka słodka w tej swojej złości..


Ledwo skończyły się truskawki, a mi już ich brakuje... Zjadłabym, oj zjadła. Ale te prawdziwe, polskie, a nie sztuczne hiszpańskie.


I tak nam upływa czas. Dzień podobny do dnia, a ja chciałabym tak bardzo je zmienić, że się za to zaraz zabiorę. Zaplanuję jakieś fajne zajęcia na resztę wakacji.

0 komentarze:

Prześlij komentarz