11.08.2016

Tak ciężko ogarnąć się po porodzie...

Gdy rodzi się dziecko, świat staje na głowie. Wywraca się do góry nogami i koziołkuje jeszcze kilkukrotnie po drodze. Wszystko się zmienia. Dosłownie - wszystko...


I nie jest się w sobie w stanie wyobrazić tych zmian, nim się nie doświadczy ich na własnej skórze. Niby się wie, ma świadomość że codzienność stanie się inna, że trzeba będzie sobie ten świat na nowo układać. Ale zderzenie się z tym, często niesie ze sobą niezbyt fajne skutki.

Bo nagle pojawia się On. Maleńki Okruszek. Z jednej strony tak wyczekiwany, tyle miesięcy noszony pod sercem, jednak na jego przyjście na świat nigdy nie można się tak do końca przygotować. Psychicznie..
Na dodatek te hormony. Wariują okrutnie. W jednej chwili skakałoby się z radości, by za moment zalać się łzami rozpaczy. Depresja poporodowa to nie przesadzony termin - ona na prawdę istnieje. Choć mnie raczej ominęła - tak myślę. Ale mogę sobie wyobrazić, że niektóre świeżo upieczone mamy na nią cierpią, bo burza hormonów potrafi bardzo dotkliwie odbić się na poporodowej codzienności. I potrafi być ciężko..
I tak ciężko przejść do porządku dziennego nad tym wszystkim. Ciężko na nowo poukładać sobie świat, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ten Maleńki Okruszek zarządzi spanie/pobudkę/jedzenie/zmianę pieluchy - niepotrzebne skreślić. To zawsze jest w innym momencie i nigdy nie wiadomo, w jakim. Przynajmniej na początku.

A gdy czeka się na drugiego Okruszka? Niby można się bardziej spodziewać, co czeka nas po tym porodzie, ale jednak codzienność już po powrocie do domu ze szpitala z zawiniątkiem, też potrafi przytłoczyć. I tym bardziej ciężko się ogarnąć - bo często już nie można kimać z Okruszkiem w czasie jego drzemek, by odespać noc. Bo starsze wymaga uwagi, zainteresowania, wspólnego spędzania czasu. Bo trzeba ustalić dzienne priorytety, podzielić czas na ich dwoje, a wszystko inne schodzi na dalszy plan. I z reguły tego "inne" się nie wykonuje, bo czasu brak.

Mówią, że najgorszy początek. Moim zdaniem najgorsze jest pierwsze pół roku. Potem można już mówić o w miarę stałym rytmie dnia, drzemkach o mniej więcej tej samej porze, o posiłkach jedzonych w podobnych ramach czasowych. Po pół roku zdecydowanie robi się dużo lepiej.

Jednak gdy tak teraz patrzę na zdjęcia maleńkiej Oliwii, tego zawiniątka przyniesionego ze szpitala, tego miniaturowego człowieczka który tylko jadł i spał - tęskni mi się za tym... Rośnie mi w ramionach, a ja nawet nie wiem kiedy. Mój mały, duży Okruszek.

0 komentarze:

Prześlij komentarz