10.09.2016

Oli odkrywca. Tinu łobuz.

Ostatnie dni są ciężkie, sporo płaczu, marudzenia i katar... Wydaje się, że na zęby - ale czy rzeczywiście, okaże się dopiero jak wyjdą. Póki co więc wymyślamy jak najwięcej zajęć, w których Oli nie będzie miała czas na łzy. A takie zorganizować można tylko w ogrodzie.

Nawet nie wiecie, jak się cieszę że pogoda nadal iście letnia. Choć wiele razy mówiłam, że nie lubię upałów, to warunki panujące na dworze obecnie są idealne. 30 stopni, ale w cieniu o wiele bardziej da się wytrzymać niż miesiąc czy dwa temu. Prognozy są bardzo zadowalające - nie widać końca tych wrześniowych upałów. Oby jak najdłużej.. 



Oli też korzysta z pięknej pogody ile się da. Co prawda w długich spodenkach i skarpetkach - bo jak się tak dłużej na tej trawie w cieniu stoi, to czuć wilgoć i chłód. Ale ona tak uwielbia wędrować po ogrodzie, od zabawki do zabawki, że nie sposób jej tego odmówić. Na instagramie jakiś czas temu pisałam, że jest to drobny minus posiadania swojego kawałka ziemi - teraz Oli domaga się posadzenia ją na trawę wszędzie tam, gdzie ją widzi. A, rzecz jasna, nie położę jej w miejscu publicznym, narażając na wdepnięcie w psie ge.


Oli to alpinistka. Wspinać chce się wszędzie, a najlepiej jej to wychodzi na zjeżdżalnię. Widziała, jak Martynka po ślizgu wchodzi i robi dokładnie tak samo! Ciężko w to uwierzyć nie widząc, ale tak jest. I musicie uwierzyć na słowo, bo raczej tego nie udokumentuję - muszę wtedy być tuż obok i asekurować, żeby nie spadła z tej zjeżdżalni. Jest niesamowita.


Tinu to łobuziak z anielską buźką. Rozrabia, ale jest przy tym tak słodka, że nawet jak coś wywinie - nie sposób się na nią długo złościć. I też akrobatka z niej będzie, bez dwóch zdań: wszędzie wejdzie, kocha drabinki i huśtanie się na różne sposoby. Co ona wyrabia na tych huśtawkach, to głowa mała.. Nieraz mam serce w gardle na widok tych akrobacji, nieraz kończą się one nie do końca tak jak planowała - nigdy nie zapomnę jak z rozbiegu chciała się rzucić na huśtawkę na brzuch, lecz nie do końca wymierzyła odległość i przeleciała przez nią szczupakiem. Na samo wspomnienie chce mi się śmiać, wyglądało to tak zabawnie! Oczywiście wtedy do śmiechu nie było, bo po lądowaniu na brzuchu na ziemi nagle wstała i zarobiła rozbujaną huśtawką w główkę. Na szczęście te nasze huśtawki plastikowe są. Albo jak zakręciła się na tej huśtawce bardzo, bardzo mocno. Wiecie - położyła się na brzuchu i kręciła dookoła, sznury od huśtawki się zaplątały i potem gdy przestała, odkręcająca się huśtawka wirowała. Bardzo szybko swoją drogą. I gdy skończyła, Martynka wstała z niej i tak ją zarzuciło, tak ją zniosło że prawie przez pół ogrodu nie mogła pionu złapać, aż nagle bęc! Na trawę przyziemiła. Sporo miała przygód w podobnym stylu, oj sporo.


Kochają się one dwie, oj bardzo. Gdybyście widzieli, jak Oliwia się głośno cieszy gdy po Martynkę do przedszkolnej sali wchodzimy. Jak ją przytula, gdy się do niej zbliży. A Martynka, mimo że czasem się obrazi (bo Oli na trampolinie na pupie podskakuje, a ona chciałaby akurat teraz, zaraz skakać wysoko), to zaraz i tak pozwala się przytulić, na ręce chce wziąć. Zabawki podaje, smoczka kiedy trzeba. Kochana jest. Obie kochane, cudowne i wspaniałe są. Moje córeczki.


 



0 komentarze:

Prześlij komentarz