04.12.2016

Zostałam zdradzona...

...przez Tin! Bo wiecie, przysiadłam tylko na chwilę, na momencik wrzucić zdjęcie na instagram. I słyszę z pokoju obok: przyjdź z pieluchą i chustkami! No to odpowiadam, że już lecę. Ale jeszcze dosłownie przez chwilkę się nie ruszam, bo hashtagi wpisać trzeba.. A Tin? Tak patrzy na mnie i odkrzykuje: mama wcale nie leci, z telefonem siedzi!


Grudzień mamy, w sumie to na dobre już się rozkręcił. A my, mimo że lekko przechorowane jak to Tin mówi, to aktywnie te dni grudniowe spędzamy. Dziś była imprezka urodzinowa Olinki i kuzynki, ale o tym wkrótce. Zaliczyłyśmy także sesję świąteczną w ten weekend, której co nieco prawdopodobnie jutro pokażemy. A dziś, to taki misz masz w sumie, trochę o dziewczynach, trochę o ciasteczkach które upiekłyśmy i o spacerze w tym przechorowaniu.

Bo wiecie, my chodzimy na spacery niezależnie od pogody. Choć wiadomo, że gdy Tin gorączka rozkładała, to w domu siedziała. Ale jeśli gorączki brak, a na dworze lekki mróz, to wychodzimy wymrozić zarazki. A co założyła na siebie Tin? Oczywiście kurtkę bonprix. Zakochała się w tych serduszkach odblaskowych i w tym przesłodkim serduszkowym kapturze z milusim futerkiem. Dzięki nim kurtka, mimo że czarna, jest bardzo dziewczęca.




Tak więc spacerujemy troszkę, a resztę dni spędzamy na zabawach. Tych dni, które "siedzimy w domu" rzecz jasna, czyli nie mamy żadnych planów wyjazdowych. Dziewczyny się już tak fajnie razem bawią. Oli uwielbia Tin i widać to gołym okiem. A ja nawet mam czas na gorącą herbatę z cytryną - tylko muszę być w zasięgu wzroku Oli..





Wiecie co mnie przeraziło, gdy Tin ubrała na siebie powyższą bluzkę? Że ona jest jej dobra... Serio, myślałam że będzie za duża. Oczy jak pięć złotych i szybko do garderoby wydobyć resztę bluzek w rozmiarze 128. Mierzę, sprawdzam czy może ona mniejsza wypada. Ale nie... Bluzki bonprix odpowiadają rozmiarowo innym jakie mamy. Tin po prostu urosła. Kawał dziewuchy już z niej.

Kiedy Tin jest w domu przechorowana a Oli w dzień śpi, nie mam czasu na komputer. Ogarniam więc go od rana do śniadania (wyjątek dziś, bo od rana poza domem byliśmy), a w czasie drzemki możemy z Tin robić rzeczy, które nie bardzo się da gdy Oli po domu grasuje. Czyli na przykład grać w gry planszowe, bawić się kucykami, klockami lego z Elsą i Friendsami... A także piec ciasteczka. Bo z Oli to się nie da. Wiecie, ona zaraz przybiega, wspina się na nas, krzyczy donośnie AM AM AM, a spróbuj jej nie wziąć na ręce wtedy - zaraz złość taka, że prawdopodobnie całe osiedle słyszy...

Fotorelacja:












Pyszne były. Maślane z cukrem, cieplutkie jeszcze jadłyśmy. Uwielbiam takie ciasteczka. Tin też. Oli jeszcze niekoniecznie do nich przekonana, ale pierwszy raz próbowała, na pewno z czasem polubi.

Kończymy ten dłuuuugi wpis. Bo właśnie się złapałam na tym, że zaczęłam opowiadać o urodzinowej imprezce, o której miało być później. Musiałam wykasować sporą część tego, co przed chwilą na klawiaturze nastukałam. Więc do następnego!


0 komentarze:

Prześlij komentarz