17.02.2017

Mistrzyni marnowania czasu

Tak. To ja. Rozleniwiłam się okrutnie...


Ostatnie miesiące roku 2016 były dość męczące. I nie chodzi tu o ilość pracy, a raczej o te notoryczne choroby dziewczyn... Jak nie jedna, to druga. I tak na zmianę. To widać chociażby po drugim blogu (klik), że w grudniu nastąpiło spowolnienie. Pisałam zresztą o tym. Od stycznia miałyśmy ruszyć z kopyta z nagrywaniem. Z pisaniem. Fotografowaniem. Ale coś rozpędu nabrać nie mogłam...

Jestem mistrzem w marnowaniu wieczornego czasu. Siadam przed tv. Serial, film, serial. Niby leci sobie w tle, a jednak patrzę. Oglądam. A laptuś obok mnie leży i nie przypomina o sobie, a ja powinnam przecież w niego patrzeć. Nie w tv. Trzeba się pozbyć tego pudła...

Dziewczyny chore. Nie teraz, ale praktycznie cały styczeń w domu. Większość przynajmniej. Więc cały czas dzienny wypełnia mi organizowanie im czasu/przyrządzenie posiłków które chorowitki będą miały ochotę zjeść, albo siedzenie po prostu gdzieś obok i patrzenie jak się bawią (ach ten lęk separacyjny Olcika... Zniknąć za ścianą nie można na za długo). I tak minął styczeń. Lutowe ferie. a ja nadal daleko w tyle z tym, co sobie zaplanowałam... Muszę te plany lekko zmodyfikować. Przeorganizować. I przestać marnować czas.

Znacie jakiś sposób na ten ostatni punkt?


0 komentarze:

Prześlij komentarz